Recenzje

„1917” [RECENZJA]

Biegnij, trepie, biegnij

Zbierajcie manatki, moi drodzy. Ruszacie na wojnę. Muszę was ostrzec, że to będzie bardzo intensywne przeżycie. Zdławi dech w piersiach, wypełni nozdrza smrodem gnijących zwłok, przeczołga po ziemi niczyjej, rozora skórę drutem kolczastym, nakłuje bagnetem, postrzeli, wysadzi w powietrze. Macie nadzieję, że cięcia montażowe uratują wam skórę? Nie tym razem. W „1917” akcja rozgrywa się w czasie rzeczywistym. Z sali kinowej wyszedłem jak z okopu. Czułem potworne zmęczenie, ale i ogromną satysfakcję. Miałem wrażenie, że naprawdę przeżyłem mały wycinek wielkiego konfliktu.

Powiedzieć, że fabuła nie jest skomplikowana, to jak nie powiedzieć nic. Dostajemy tutaj prościutką, archetypiczną wręcz przypowieść o posłańcach, którzy za wszelką cenę muszą przedostać się za linię wroga i dostarczyć rozkaz. Gdy w pierwszej scenie soczewka kamery skupia nasz wzrok na głównych bohaterach, to aż do napisów końcowych nie odstępujemy ich na krok. Wielka Wojna w „1917” nie kryje się po generalskich sztabach. Nie odwraca oczu. Jest tu i teraz. A my wraz z nią, w samym środku żołnierskiego piekła. Trafiamy do błotnistych okopów, przedzieramy się przez ziemię niczyją, zwiedzamy porzucone bunkry, brodzimy po kolana w trupach. Nie ma chwili wytchnienia, a gra toczy się o najwyższą stawkę. Przeciwnika rzadziej widać, częściej słychać. Wymiany ognia są krótkie, ale śmiertelnie skutecznie. Walka wręcz to ostateczność: szybka seria ciosów, precyzyjne pchnięcie bagnetem. Nie ma nawet czasu na moralizatorstwo. Nie zastanawiamy się, po co to wszystko. Chcemy po prostu wypełnić rozkaz. Chcemy wreszcie odpocząć.

By nakręcić dobre wojenne widowisko, trzeba zachować się jak bezwzględny dowódca. Sam Mendes nie bierze jeńców. Reżyser bondowskiego „Skyfall” i gangsterskiej epopei „Droga do zatracenia” przenosi widza na front I wojny światowej i brutalnie wrzuca w sam środek walk. Ale „1917” to nie tylko wstrząsające filmowe doświadczenie. To także technologiczny majstersztyk. Roger Deakins, łowca oscarowych nominacji, po raz kolejny zachwycił swoim kunsztem. „1917” sprawia wrażenie, jakby został nakręcony za pomocą jednego ujęcia. W rzeczywistości film składa się z kilku długich mastershotów mistrzowsko połączonych ze sobą. Dzięki temu widz zostaje momentalnie zaangażowany w akcję, która zwalnia go ze służby dopiero z początkiem napisów końcowych. Szykujcie się na dwie godziny pełne napięcia. Porażający efekt końcowy dopełnia świetna, nastrojowa, pozbawiona patosu ścieżka dźwiękowa Thomasa Newmana.

Wzruszenie, strach, radość, żal, panika. Najnowszy film Sama Mendesa to skumulowana porcja silnych emocji zamknięta w konserwie rzuconej na pole bitwy. I wojna światowa była bezsensownym konfliktem rozgrywanym w idiotyczny sposób. Szeregowy żołnierz znaczył tam tyle, co nic. Jedynym motorem napędowym była chęć przeżycia za wszelką cenę. „1917” zabiera nas do tego szalonego świata na dwie godziny i będzie to czas, którego nigdy nie zapomnicie. Wielkie kino godne wielkich nagród.

Ocena
9/10


Piosenkę „Wayfaring Stranger” nucił
Piotr Olczyk

1917

1917

Dramat Wojenny Od lat: 15 120 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „1917” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Michał

Michał

27.01.2020, 09:28:42

lepiej kupic piwo