Close
play
film title here

DO PREMIERY ZOSTAŁO:

dni : godz. : min. : sec.

Przepraszamy, nie mamy nic do pokazania na ten dzień

Przepraszamy, nie mamy nic do pokazania na ten dzień

Pokaż wszystkie seanse
Najbliższe seanse na - wybierz seans

Mkarta logo Uczniu, Studencie!
Z M!Kartą za bilet płacisz tylko 14,90 zł

Zamknij

Z M!Kartą uczniowie i studenci z ważną legitką płacą jedynie 14,90 zł!

  • Od poniedziałku do czwartku bilety za 14,90 zł przy dowolnej metodzie płatności
  • Z BLIKIEM posiadacze M!Karty kupują bilety online w tygodniu i przez cały weekend za 14,90 zł.
  • Zestaw Oscar (średni popcorn i napój) masz za 14,90 zł przez cały tydzień

Dodaj M!Kartę podczas kupowania biletów online.
M!Karta kosztuje 14,90 zł i jest to opłata jednorazowa na cały rok.

Zobacz wszystkie seanse

Avengers: Wojna bez granic

Akcja Familijny Science-Fiction Od lat: 12 155 minut

Avengers: Wojna bez granic to wydarzenie w historii kina bez precedensu. Spektakularne starcie na śmierć i życie, przygotowywane od dekady i obejmujące cały świat bohaterów Marvel Studios.

Pełny opis

Avengersi ramię w ramię z innymi superbohaterami muszą być gotowi poświęcić wszystko, jeśli chcą pokonać potężnego Thanosa, zanim jego plan zniszczenia obróci wszechświat w ruiny. Film wyreżyserowali Anthony i Joe Russo, na podstawie scenariusza Markusa & Stephena McFeely’ów, a wyprodukował Kevin Feige. Producentami wykonawczymi są Louis D’Esposito, Victoria Alonso, Michael Grillo i Stan Lee.

Ukryj opis

Przepraszamy, nie mamy nic do pokazania na ten dzień

Przepraszamy, nie mamy nic do pokazania na ten dzień

Pokaż wszystkie seanse
1181

Głosów

8,6

Średnia ocena

Oceń film

Recenzja redakcji
"Avengers: wojna bez granic" [RECENZJA]

Dodany przez: Piotr Olczyk

Thanos kontra świat!

Przygotujcie się na katharsis rodem z antycznej tragedii. Nadejście Thanosa wywraca do góry nogami całe kinowe uniwersum Marvela.

Dziesięć lat temu planowałem zignorować premierę "Iron Mana". Strata czasu, myślałem. Zachęcony świetnymi recenzjami postanowiłem mimo wszystko zobaczyć, o co tyle hałasu. Gdy Black Sabbath dawali czadu na napisach końcowych, to zrozumiałem, że hałas dopiero się zacznie. Przez kolejną dekadę wraz z widzami na całym świecie nasiąkałem światem Marvela, poznawałem bohaterów, widziałem jak herosi się jednoczą, zdobywają sojuszników i w pojedynkę albo wspólnie rozprawiają się coraz to innymi złoczyńcami. Kolejne postacie, wyprawy w kosmos, gościnne występy i pożądane przez wszystkich Kamienie Nieskończoności pojawiające się w kolejnych filmach. Machina się kręciła, produkcja goniła produkcję, a serial od Marvela spowszedniał. Wiedzieliśmy, czego się spodziewać. A teraz, dekadę później, Thanos rozpętał "wojnę bez granic" i na zawsze zmienił status quo uniwersum.

"Avengers: wojna bez granic" bezlitośnie igra z uczuciami widzów i szykuje dla nich emocjonujący rollercoaster. Bohaterów Marvela nie da się nie lubić. Po dziesięciu latach starą gwardię (Kapitan Ameryka, Iron Man, Thor i reszta) traktujemy jak dobrych kumpli od kebaba, a z "nowymi" w ekipie (Czarna Pantera, Falcon czy Spider-Man) zaprzyjaźniamy się bardzo szybko. Można wręcz - jak to jest w przypadku niżej podpisanego - bardziej lubić postacie, niż filmy z nimi. I wtedy pojawia się Thanos. Z buta wyważa drzwi, bezlitośnie obnosi się naszymi ulubionymi bohaterami i nie cofnie się przed niczym, by zdobyć Kamienie Nieskończoności gwarantujące mu nieograniczoną moc nad wszechświatem. Nikt nie jest bezpieczny.

Najnowszy film od Marvela zaskakuje pod każdym względem, ale najbardziej rzuca się
w oczy bezsilność herosów, których dotąd uznawaliśmy za niepokonanych. Poszczególni Avengersi i inni "superasi" w pojedynkę bywali silni, pokonywali "głównych złych" ze swoich solowych filmów, a w "Avengers", "Avengers: czas Ultrona" i "Kapitan Ameryka: wojna bohaterów" pokazywali, że zjednoczeni nie mają sobie równych. Tymczasem w "Avengers: wojna bez granic" nasi ulubieńcy w trykotach i strojach bojowych, nowy narybek z Wakandy, mistyczny doktor dziwago, a nawet galaktyczna ekipa popaprańców są niczym wobec Thanosa. Trudno ogląda się to, jak ich kolejne pomysły spełzają na niczym, ale dzięki temu chwile triumfu są podwójnie satysfakcjonujące. Wstęp Kapitana Ameryki, Thor zbierający siły, T'Challa kierujący swoim wojskiem i wiele, wiele innych scen  - to momenty, które wywołują ciary na plecach. Duża w tym zasługa zdjęć Trenta Opalocha i muzyki Alana Silvestriego. Obaj panowie mają już doświadczenie w pracy z Marvelem i wspinają się na wyżyny mozliwości. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Alan Silvestri przebił swoją ścieżkę dźwiękową z "Avengers".

Największe gratulacje należą się jednak braciom Russo. Twórcy poprzednich "Kapitanów..." podnieśli poprzeczkę wszystkim przyszłym reżyserom filmów komiksowego uniwersum. Raz po raz znajdujemy się to na Ziemi, to w kosmosie, a częstokroć zmiana w otoczeniu zmienia także... ton filmu. Jednakże nawet gdy po widowiskowej i brutalnej walce nagle zmieniamy klimat i bujamy się z wyluzowaną bandą żartownisiów, to nie czujemy żadnego dysonansu. Anthony i Joe Russo żonglują nie tylko naszymi emocjami, ale także klimatem widowiska i wychodzi im to doskonale. Nie mają także problemów z przenoszeniem ciężaru na kolejne postacie. W filmie występuje kilkadziesiąt (!) pierwszo- i drugoplanowych bohaterów, ale każdy ma swoje pięć minut i nikt nie powinien czuć się zapomniany (oprócz tych gości, którzy akurat zrobili sobie wolne. Ale spokojnie, na nich też przyjdzie czas). Niektórzy wracają po dłuższej nieobecności, inni żegnają się z nami na zawsze. W świecie Marvela nawet śmierć nigdy nie była ostateczna, ale sam Thanos w pewnym momencie stwierdza, że "nie będzie kolejnego zmartwychwstania". Przygotujcie się na kilka naprawdę szokujących momentów. Zaznaczę jednak, że irytowały mnie nie do końca udane próby humorystycznego zmiękczania kolejnych co poważniejszych scen. Rozumiem, że Marvel chce być kojarzony z rozrywką dla całej rodziny i w swoich filmach zawsze stawia na humor – nawet w obliczu zagłady świata, jak w „Thor: Ragnarok”. Ale to, co udało się w trzecim „Thorze” nie do końca zagrało w trzecich „Avengersach”. Mimo wszystko całość trafia
w czułe punkty, a dowcipy – co trzeba przyznać – bawią do rozpuku.

“Avengers: wojna bez granic” nie jest tylko kolejnym filmem Marvela. To fascynujące widowisko, na które pieczołowicie przygotowywano widzów przez kilka ostatnich lat. Niemal nieustanna akcja nie nuży, a nagromadzenie punktów kulminacyjnych potrafi oszołomić, ale… wciąż chce się więcej. Inwestycja Marvela w markę opłaciła się. To imponujące, że w dzisiejszych czasach ulotnych treści po dekadzie spędzonej w jednym świecie rodem z historyjek obrazkowych wciąż można ekscytować się niesamowitymi przygodami współczesnych bogów w kolorowych kostiumach. Jesteśmy z tymi bohaterami na dobre i na złe. A wierzcie mi, tym razem herosi naprawdę potrzebują naszego wsparcia.

Z INNEJ BECZKI:
•   Thor ma najbardziej przerąbane ze wszystkich Avengersów. Któż by pomyślał, że to bogowie cierpią najbardziej.
•    Peter Parker to naprawdę niezwykły nastolatek, skoro zamiast „Szybkich i wściekłych”
i Dwayne’a Johnsona wspomina drugiego „Obcego” i Kevina Bacona.
•    Czy Peter Dinklage to od teraz Mały Wielki Człowiek?
•    Zazdroszczę Doktorowi Strange’owi tej peleryny. Mogłaby odbierać dzieciaki ze szkoły
i gotować obiady.
•   Czy tylko ja miejscami współczułem Thanosowi oraz – aż strach pisać – potrafiłem zrozumieć jego punkt widzenia?
•    Groot jest tak stereotypowym nastolatkiem, jak to tylko możliwe.
•   Wakanda forever! Wychodzi na to, że z T’Challi jest zarówno dobry król, jak i wojenny strateg
•    Kto by pomyślał, że do MCU powróci postać, którą dawno spisaliśmy na straty.
•    „Avengers: wojna bez granic”, widowisko wypełnione punktami kulminacyjnymi, to punkt kulminacyjny dla całego uniwersum. Tutaj nie odcina się kuponów!

Ocena: 8/10

Komentarze

Dodaj swój komentarz do Avengers: Wojna bez granic

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.